Jak świąteczne potrawy zapoczątkowały „zdrową” rewolucję w mojej diecie

with 1 komentarz

Wigilijny stół tym razem zastawiony był nieco innymi pysznościami, niż zwykle. Niektóre z nich były robione ściśle według przepisów, inne – to eksperymenty kulinarne. Okazało się, że autorskie wariacje potraw są niezłą zabawą. Sprawiają ogromną satysfakcję, kiedy się udają i na dodatek są „zdrową żywnością”.

Literalnie według receptury robiłam pierogi. Lepiłam je pierwszy raz w życiu. Słysząc i czytając o tym, jak trudno jest wyprodukować ciasto o właściwej konsystencji i miękkości, uznawałam je za produkt wyższej sztuki kulinarnej. W przypływie przedświątecznego natchnienia wyszukałam jednak przepis, który się sprawdził. Pierogi były u nas w tym roku świątecznym hitem. Tylko moje sumienie cicho skwierczało. Przepis nakazywał użycie mąki pszennej, a po popełnionym przeze mnie artykule o glutenie niechętnie po nią sięgam. Nie chciałam na początek mojej pierogowej przygody zbyt odważnie poczynać sobie z innymi mąkami, ale następne pierogi będą już „zdrowe”.

Wariacją natomiast był między innymi pasztet – też mój pierwszy, na dodatek roślinny. Miał być z fasoli, ale nie przekonała mnie konieczność użycia takiej z puszki. Zatem – przeczytawszy kilka przepisów na pasztety bezmięsne – stworzyłam własną kompozycję: ugotowana ciecierzyca – do blendera, ugotowana kasza jaglana – do blendera, starte jabłko, podsmażona cebulka – do blendera, marchewka ugotowana na parze – też. Dodałam przyprawy, nieco oleju i przerobiłam wszystko na gładką masę. Na koniec dorzuciłam drobno pokrojone namoczone suszone śliwki i nieco rozmarynu (śliwki bardzo go kochają), żeby było świątecznie. Wyłożyłam do keksówki, upiekłam i zajadam ze spokojem mojego dietetycznego sumienia.

WP_20151227_009

Przepisu nie podam, bo potrawę robiłam „na oko”. Inspiracją były dla mnie pasztety proponowane przez True Taste Hunters .

Przygotowywanie świątecznego menu – przeglądanie starych przepisów, nowych blogów kulinarnych i portali propagujących „zdrową” żywność zaowocowało potrzebą wprowadzenia zmian w diecie. Do tej pory ukierunkowana byłam na ograniczanie kalorii przy jednoczesnym zapewnieniu sobie potrzebnych wartości odżywczych. Teraz rozważam także, czy dany produkt jest „zdrowy”. Uważnie czytam informacje podawane przez dietetyków, ale staram się nie popadać w skrajności i nie dać się zwieść „żywnościowym modom” i „jedynym słusznym dietom”. Kiedyś pojęcie „zdrowa żywność” oznaczało dla mnie coś, co miało uzupełniać proces zdrowienia osób, które zapadły na jakąś chorobę. Teraz wiem, że zdrowie, to dobre samopoczucie; to energia do działania, optymistyczne patrzenie na świat, szczupła sylwetka, dobra kondycja skóry i włosów. Analizując moje zwyczaje żywieniowe sprzed paru lat rozumiem już, skąd brało się zmęczenie, osłabienie, problemy z nadwagą. Nie odzyskam tamtych lat, ale mogę zadbać o jakość następnych.

Czyli – kolejne zmiany jedzeniowe w życiorysie przede mną.

I jeszcze – Drogi Kill Billu! Podając moim córkom śledzie w sosie czosnkowym poinformowałam je o Twojej uwadze (nie wszystkie są szkodliwe – polecam post, ale ten w naszych śledziach był niezdrowy). Na co moje dziewczyny, pałaszując – jedna śledzie, druga sos (według upodobania) stwierdziły:

– To dobre jest! A na coś trzeba umrzeć.

Zdaje się, że wprowadzenie zmian w ich jadłospisie będzie prawdziwym wyzwaniem… Pozdrawiam!

One Response

  1. Kill Bill
    | Odpowiedz

    Nie wiem o co chodzi, ale ja zawsze mam rację 🙂

Leave a Reply