Trener personalny? Tego nie było w planach

with Brak komentarzy

– Co pani teraz będzie robić? – pyta mnie klubowiczka, którą sporadycznie widuję w sali siłowni.

Podchodzi do mnie już kolejny raz. Wcześniej nieśmiało wspomniała, że też by chciała mieć takie ramiona i „Wie pani, trochę tu zrzucić i tam poprawić.” Dzisiaj rozmawia ze mną odważniej:

– No, ale pani to wygląda! A jak pani ćwiczy!

– Jestem trenerem.

– Aaa, to dlatego pani tak wygląda!

Nie, nie dlatego.

Najpierw „wyglądałam”, potem zostałam trenerem.

Chociaż nie, najpierw wyglądałam zupełnie inaczej.

 

„Słodkie” dzieciństwo

Kiedy przeglądam zdjęcia z dzieciństwa, widzę na nich dziewczynkę raczej „przy sobie”, niż szczupłą.

O zdrowym żywieniu wiedziałam wówczas niewiele. Dumna byłam, że w czasach sloganu „Jedno jabłko dziennie oddala lekarza ode mnie”, ja zjadałam dwa jabłka. I cztery batoniki 😉

Zawsze byłam „słodkim Maćkiem” – nielubiany krupnik zgryzałam drożdżówką; świąteczne menu byłam w stanie „udeptać” w napęczniałym żołądku, żeby wepchnąć jeszcze miskę makówek lub porcję rozpływającego się w ustach murzynka z kremem przyjemnie alkoholowym.

 

Dlaczego zaraziłam się sportem

Kultury ruchu, sportu w mojej rodzinie nie było. Mama za to często wspominała z tęsknotą i niejaką dumą swoje wędrówki po górach. Czym skorupka za młodu… Jako młode dziewczę i dorosła kobieta zawsze chodzenie po górach lubiłam i nadal lubię.

Z resztą rodzinnych tradycji kulinarnych i „sportowych” musiałam się uporać sama.

Próbowałam – a jakże! – wiele razy.

Lekcje wychowania fizycznego w podstawówce wspominam raczej niesympatycznie. Za to w liceum dostąpiłyśmy „zaszczytu” wuefowania na stadionie miejskiego klubu sportowego.

Hala treningowa z profesjonalnym sprzętem wyłożona czerwonym tartanem; ogromny stadion treningowy, który „na rozgrzewkę” obiegałyśmy trzy razy i właściwa płyta stadionu (z niezłym wynikiem zaliczyłam na niej bieg na 400 m) obudziły we mnie potrzebę ruchu. Koleżanka – zapalony sportowiec – dzielnie mnie dopingowała w zamian za udzielane jej korki z polskiego.

Raz rozbudzona satysfakcja z rosnącej sprawności i szczuplejącego ciała dopingowała mnie potem wiele razy do podejmowania starań o zmianę siebie.

 

Metamorfoza w kilku odsłonach

A było co zmieniać.

Pierwsza metamorfoza dokonała się bez większego wysiłku. Skrępowana patrzyłam na swoje zdjęcia ślubne (wtedy z podwójnej uroczystości: cywilnej i kościelnej). Biała suknia i welon były w porządku, optycznie wysmuklały sylwetkę. Sukienka w pięknym morskim kolorze, w której stoję przed USC – to była porażka. Cudnie podkreśliła wszystko to, czego widzieć nie chciałam.

„Wzięłam się za siebie”. Ze zdumieniem odkryłam, że mogę ważyć 56 kg i że wcale nie mam „grubych kości”, jak wmawiała mi rodzina.

A potem zaszłam w ciążę. Waga podskoczyła. Nie mogąc przez pierwsze trzy miesiące zjeść niczego innego, zjadałam drożdżówki.

Na szczęście moje dzieci są z gatunku ruchliwych. Zabierając pierworodną na spacer z zazdrością patrzyłam na młode mamy czytające na ławkach książki, kolorowe magazyny albo plotkujące ze sobą. Obok nich, w wózkach, spały głęboko maleństwa.

Moje maleństwo miało dodatkowy zmysł – stopu. Kiedy tylko wózek zatrzymywał się na dłużej, niż tego wymagała zmiana świateł przy przejściu dla pieszych, maleństwo rozdziawiało oczy, a potem buzię w wersji z dźwiękiem. Nieprzyjemne dla otoczenia objawy ustępowały po ponownym wprawieniu pojazdu w ruch. Biłam więc rekordy spacerów wózkowych, co szybko pomogło mi uporać się z ciążowym nadbagażem.

Potem było, jak zwykle – raz mniej, raz więcej kilogramów. Niestabilnie.

Pojawiła się na świecie druga córeczka. Dzieci rosły. Obowiązków przybywało, czasu było coraz mniej, zwłaszcza tego „dla siebie”. Jadłam cokolwiek i kiedykolwiek. Waga oscylowała w granicach „ciężka”.

 

W zgodzie z lustrem

Nie lubiłam luster w przymierzalniach. Nie lubiłam kupować sobie ubrań. Żartowałyśmy z koleżankami, że nasze sukienki, bluzki, spodnie mają magiczną moc kurczenia się w szafach między sezonami.

Nie czułam się dobrze, kładąc na ladę przed szczupłą ekspedientką ciuch w rozmiarze XL.

Powoli godziłam się z myślą, że inaczej już nie będzie.

A jednak – nie.

Jest inaczej. Jest rozmiar S – czasami XS. Ustabilizowana waga. Energia, jakiej w tamtych czasach nigdy nie miałam. I zdrowie. Kiedy przyszłam do lekarza prosząc o skierowanie na przysługujący mi roczny urlop, pani doktor powiedziała „No, dobrze; tylko na co ja go mam pani wypisać. Pani do nas w ogóle nie przychodzi…”

Jak sobie radziłam sama z „redukcją” pisałam we wcześniejszych artykułach. Nie zmieniłabym jednak niczego na stałe, wracając do „dawnego życia”.

Zmieniłam je. Całkowicie. Zaczęłam na nowo.

Ogromną rolę odgrywa w nim sport. W moim przypadku to bieganie i ćwiczenia w siłowni.

 

Od zera do trenera

Jakieś cztery, może trzy lata temu odpoczywałam między ćwiczeniami na materacach. Podeszła do mnie dziewczyna, którą widziałam po raz pierwszy, a która od czasu do czasu na mnie zerkała:

– Czy pani jest trenerką?

Dla mojego umysłu to pytanie było tak nierealne, że przekształcił je w wersję łatwiej przyswajalną:

– Kelnerką? – zapytałam ze zdziwieniem.

-Trenerką… Czy pani jest trenerką?

Ja?! Skąd takie przypuszczenie? Przecież daleko mi do sprawności i kompetencji trenerów klubu.

– Nie, nie jestem – odpowiedziałam, uśmiechając się przepraszająco. Czułam, że ta dziewczyna potrzebuje instruktażu, pomocy, a w sali nie było nikogo w firmowej, czerwonej koszulce.

Wtedy pomyślałam po raz pierwszy, że może jednak moja praca przyda się jeszcze komuś.

A pracy przede mną było jeszcze wiele. Obserwowałam klubowiczów, którzy mieli większe doświadczenie, niż ja; naśladowałam ich ćwiczenia. Czasami prosiłam o pomoc, wskazówki.

Kilka razy skorzystałam z treningów prowadzonych przez trenerów – potem podpatrywałam, co proponują innym klientom.

Stopniowo dowiadywałam się, jak ważna jest techniczna precyzja wykonywania ruchu, ile znaczy dobór ciężaru, przerwy między seriami. Im więcej wiedziałam, tym więcej chciałam wiedzieć; tym większą satysfakcję sprawiała mi praca z własnym ciałem.

Jej efekty coraz częściej powodowały, że podchodziły do mnie panie, pytając, co robię, jak to robię i dlaczego. Bo one też chcą…

Wiedzy i doświadczenia miałam tyle, żeby eksperymentować na sobie samej – jeśli zrobiłam sobie krzywdę (bywało, bywało 🙂 ), to cierpiałam ja, nie ktoś inny.

Po roku „przymierzania się”, podpytywania trenerów, buszowania w „internetach” wybrałam kurs trenera personalnego i zapisałam się.

 

Ja – trener personalny

Pierwszą osobą, którą spotkałam w sali „kursowej” siłowni była Marta Makles – nasz wykładowca i prowadząca ćwiczenia. Już pierwsza rozmowa z nią była ogromną przyjemnością. Do tej pory jestem pod wrażeniem doświadczenia i wyjątkowej osobowości Marty.

Potem zaczęli się schodzić pozostali kursanci – młodzi (w wieku moich córek 😉 ), fantastyczni ludzie, którzy mieli już spore doświadczenie i sprecyzowany plan na jego wykorzystanie. Kamil i Angelika prowadzą strony internetowe. Warto do nich zajrzeć po przydatne informacje i motywację do działania.

Ostatni trening „w doborowym towarzystwie” – jak napisała Marta 🙂

 

Każdy dzień kursowych weekendów z nimi to była spora dawka wiedzy, praktyki i świetnego samopoczucia.

Nie, nie zawsze było łatwo i przyjemnie. Marta jest osobą bardzo życzliwą, ale też wiedzącą, po co pracuje z ludźmi. Dosyć szybko przekonałam się, że moje dobre mniemanie o moich umiejętnościach wymaga korekty. Stanowcze „Iwona, ściągaj łopatki!” Marty  mam cały czas z tyłu głowy.

I ściągam te moje łopatki zniekształcone latami noszenia dzieci na lewym biodrze i dźwigania siat z zakupami w lewej ręce – prawa trzymała najczęściej ciepłą łapkę którejś z córek.

Ale teraz już wiem, że te mięśnie są przykurczone, a tamte rozciągnięte; że te trzeba rozciągać, a tamte wzmacniać. I wiem, jak.

Na pytanie „Czy pani jest trenerką?” mogę teraz odpowiedzieć „Tak, jestem”.

To jednak nie jest jedyna korzyść z decyzji, jaką podjęłam.

Kurs okazał się początkiem realizacji nowych celów. Dobrze jest zaczynać w życiu coś nowego 🙂

 

Jestem trenerem. Mam duże doświadczenie. Mam świadomość, ile trzeba przejść, żeby zmienić własne ciało. Wiem, że można to zrobić.

 

 

PS Nie – nie zamieszczę zdjęć „tamtej mnie”, chociaż tak zwykle się robi. Rozdałam, wyrzuciłam ubrania w rozmiarze XL. Zostały tylko zdjęcia, na których jestem z córkami, i słowa ich pocieszającego komplementu „Dobrze, że jest ciebie tyle, bo gdybyś była, jak ciocia (moja zawsze szczupła siostra), to do czego byśmy się tuliły?” 🙂

 

Zdjęcia: własne; Marta Makles FitCoach&LifeStyle

Leave a Reply